Ja to w sumie grzeczny chłopczyk byłem. Pierwsze palne strzelanie to było z główek zapałek. Należało podwędzić stalowy kołek do betonu (ostry - z twardej stali), do tego dużo zapałek i znaleźć jeszcze kamień. Mieszkając pod Warszawą miało się do dyspozycji mało uczęszczaną drogę asaltową. Siadało się na asfalcie, na poboczu, bo jednak czasem coś jeździło, wbijało kołek w asfalt, następnie zeskrobywało siarkę z zapałek do otworka, wtykało kołek a potem rzucało kamieniem. Wyrywało to całkiem satysfakcjonujące dziury w asfalcie . Oczywiście asfalt musiał być odpowiednio twardy i nie na każdej drodze to działało. Ciekawe czy jeszcze są ślady...
Inne strzelanie, to już później, w szkole to były kapiszony, magnes i kawałek blaszki. Wkładało się kapiszon (lub cztery) pomiędzy magnes a blaszkę, która go przytrzymywała. I potem dyskretnie , trzymając za magnes, pukało się blaszką o ścianę. Na przerwie. Zabawa fajna, ale straciłem w ten sposób doskonały magnes...
O strzelaniu z rurek (ołówki automatyczne - rarytas w tamtych czasach ) z plasteliny (papier słabo latał) nie ma co pisać. Podobnie jak o haclówkach z drutu i cienkiej gumki, z których strzelało się zagiętymi szpilkami. Do dzisiaj mam pudełko szpilek, zapas amunicji, które kupiłem pod koniec tej zabawy .
Zasłonka w pokoju przez długie lata świeciła dziurami wypalonymi podczas eksperymentów z saletrą potasową.
Raz o mało co nie zrobiłem pożaru, bo zbudowałem fort z zapałek i plasteliny, który przygotwałem do komisyjnego zniszczenia, poprzez polanie klejem nitro (jakoś mi nie przyszło do głowy, że po odparowaniu rozpuszczalnika palić się to bedzie raczej słabo ) oraz przy użyciu zdobycznych czterech 'korków'. Ładunek z tych czterech przłożyłem do jednego, na mokro, a jakże a potem ustawiłem na wieży i polałem klejem. Niestety później potrzebowałem trochę tej wybuchowej masy do innego eksperymentu i po prostu skrobnąłem po wierzchu śrubokrętem w celu zeskrobania odpowiedniej ilości. Jak łatwo się demyśleć eksplozja spowodowała podpalenie całego fortu i tylko cudem udało mi się zgasić całość stojącą na półce w pokoju .
Inne eksperymenty to było budowanie modeli statków z Małego Modelarza, które po odstaniu swojego były wodowane w wannie i podpalane.
Pierwszą wiatrówką zjakiej strzelałem był pistolet Łucznika, należący do ojca mojego kolegi. Budowaliścmy z plasteliny i zapałek tzw. bunkry, do których potem strzelaliśmy - ja do bunkra kolegi a on do mojego - z jakichś 6 - 7 metrów. Czyj bunkier dłużej nie zostanie przestrzelony, ten wygrywa...
Echhh... wspomnienia...
Kto dziś pamięta grę w kapsle, słynne wyścigi kolarskie lub zbijaka, wycinanie flag państw z atlasów geograficznych, które dostawaliśmy w szkole na lekcji. Pamiętam jak przechandlowałem z kolegą znakomite szkło powiększające za worek jakichś flag do kapsli. Do dziś żałuję...
Później w szkole też było fajnie, bo zależnie od chwilowej mody grało się w kości, karty, itp. Modne też było pisanie piórami wiecznymi. Im starsze pióro tym lepiej. Na początku byłu pióra na naboje. Potem takie na atrament z kałamarza, wyciągane od dziadków. Jeden kolega przyniósł po prostu pióro ze stalówką i kałamarz. Inny nie chciał być gorszy i przyniósł pióro gęsie :D ale o ile pamiętam kiepsko mu się tym pisało, bo nie nadążał z ostrzeniem ...
A z klucza nie strzelałeś?
Najlepszy był od dużej zasuwy, do tego odpowiednio ucięty gwóźdź 4" i kawałek kabelka telefonicznego, tzw "strzałówki".
Strzelało się też z karbidu w puszce po kawie "Inka"
miliony much nie mogą się mylić...
Niestety..
Z klucza jakoś nie. A i 'bączki' były mi generalnie obce...
Jak napisałem byłem grzecznym chłopczykiem.
Możecie się śmiać, ale w kapsle to bym sobie pograł... :D
Ja też bym sobie pograła
Ja też bym sobie pograła :D. W gimnazjum byłam na etapie papper-soccer (piłka nożna na kartce papieru) nawet lige klasową założyliśmy i pochwalę się że przez jakiś czas byłam pierwsza w rankingu! ;) pozdrawiam
Kapsle ?
Hmm.. Myślę, że w Morsku znajdzie się parę kapsli... ;) :))))