Nieurwany film "Sylwester sam w nowym lesie" (w roli głównej Sylwerster Standalone)

Raz do roku, konkretnie jakieś 30-240 minut w obie strony na jego przełomie, stary dziad z brodą biegnie zdyszany wokół całej Ziemii (zmieniając kolejno strefy czasowe) a ludzie tymczasem strzelają do niego z czego tylko się da (byle było dopuszczone do obrotu - koncesjonowanego lub nie). Oczywiście kunsztu snajperskiego z założenia w tym nie ma (snajperzy autobusowi itp. siedzą na dołku czy jakoś tak jadą na sankach w stronę pudła, tymczasem oglądając sztuczne ognie w kratkę). Dziad zwyczajowo co roku uchodzi cało - czego świadectwem niech będzie to, że go właśnie wczoraj spotkałem nad ranem. Onże brodę zdjął i przykleiwszy ją do dowcipu (żeby bylo stereo) tenże dowcip mi opowiedział: "- Jak spędzałaś sylwestra? - Nie spędzałam, sam zszedł jak skończył.". Dziad dorzucił jeszcze drugi dowcip ("Na Sylwestrowy bal maskowy jeden pan przyszedł w masce wilka, pani założyła maskę lisa, a informatyk przyszedł w masce 255.255.255.0") po czym znikł w krzakach.

A dokładniej było to tak, zwyczajnie.

W tym roku postanowiłem podtrzymać nową świecką tradycję spędzania Sylwestra ruchami nóg - semiwertykalnymi, średniomocnymi i średnioszybkimi - najlepiej jeszcze zanim się zacznie.

Teściowa tradycyjnie właziła mi na łeb od rana. A to kiedy wrócę, a to może bym posprzątał, a to może to, a to może tamto. (Niektórym ludziom to się wydaje, że otoczenie jest przedłużeniem ich osoby i że wszsytkie kukiełki znajdujące się w polu widzenia a oddziaływania powinny odgrywać dawno wymyślone, jedynie słuszne w okresie świątecznym, standardowe role.) Tak więc tradycyjna, miła, radosna, wesoła i pogodna świąteczna atmosfera narastała pomału od rana - jak co roku (z wiekiem ludzie stają się niereformowalni z powodów organicznych). Z rzadka tylko przerywały tę przesympatyczną atmosferę wypluwane przeze mnie komunikaty, że wieczorem to ja sobie pójdę. Tak to jest jak się nie ma kasy na własną chałupę i normalne dorosłe życie.

Zanim się wybrałem, podłubałem sobie jeszcze trochę w necie. Przy okazji wpadł w oko bieg sylwestrowy. Ale ten chyba odbył się za dnia. Biegacze normalni ludzie. Każdy się uśmiecha (no może z wyjątkami - jednego takiego "znamy" - miał kryptonim 8x4, 12x4 czy jakoś tak i pewnie sponsorowała go Rexona - był w każdym razie rekordzistą w ekspresowym wypełnianiu pasków pod nickiem). Każdy biegacz-hobbysta pewnie ma kobietę. A wiadomo, jak się ma kobietę, trzeba w Sylwestra iść potańczyć, bo inaczej będzie awaria i koniec. Tańczenie też sport. W "komunistycznej" książce do biologii stało kiedyś że w tańcu sporo kalorii się zużywa (ciekawe czego dziś się dzieci na biologii w podstawówce uczą?).

Ja jednak jestem psychopata samotnik i poszedłem sobie do lasu.

Pierwszy gigant był po drodze. W stronę miasta, 2 zawodników ubranych na sportowo, przy -5Cdeg pomykało sobie na góralach ;-) . Nieźle - pomyślałem sobie. Niby nic, ale dla mnie gigant.

Dojechałem. Plan był następujący: dotrzeć do Camp Klevki 2, machnąć trochę na drążku, a potem poczesać trochę dukty w te i we wte, żeby było zajęcia gdzieś do 3-4 rano. Wszedłem. Samoloty chyba już jakiś czas temu przestały robić podejście. Cisza spokój. Z dokładnością do niosącego się pościgu artyleryjskiego za starym dziadem.

Myślałem że trochę pobawię się NVS-em przy ujemnych temperaturach. Niestety poświata miasta i śnieg sprawiły, że było jasno jak o zmroku i przez NVS widać tyle samo co gołym okiem (albo i mniej). Toteż mrygnąłem sobie tylko, żeby przekonać się czy działa i co widać. Wyszło przy okazji, że w takich warunkach podświetlacz nic już nie wnosi.

Zmierzając w stronę Camp Klevki 2 zdziwiłem się bardzo. Oto o godzinie 00.00 (gdy wszyscy wlewają w siebie paliwko bombelkowe, waląc w dziada petardami) w środku lasu spotkałem 2 podobnych sobie. Podobieństwo sprowadzało się do tego, że oni też byli w lesie. Odmiennie niż ja zamiast maszerować biegali... Sympatycznie było się dowiedzieć, że nie tylko ja jakoś tak mam. Oczywiście a prawdopodobnie oni byli z innego świata. Znaczy jedyne podobieństwo między mną a nimi polegało na tym, że w Sylwestra również znaleźli się w lesie.

Zgodnie z planem dotarłem do Camp Klevki 2. Machnąłem z ledwością 3 machy na drążku (cholerne święta napychają kałdun), poprawiłem ekwipunek, wysłałem życzenia i - nienadużywając jednokomórkowca - w końcu może mi się jeszcze przydać - a w tych temperaturach bateryjki padają jak muchy - poszedłem sobie dalej.

Ku zdziwieniu, na skraju lasu, na imprezowej łące, urzędowała kolejna porcja odszczepieńców. Siedzieli sobie przy ogniskach i spędzali Sylwestra - tu najwyraźniej kijem, być może przypiekając. To ostatnie niczym w "Ogniem i mieczem" - tylko ostrożnie z ogniem i mieczem. Do kompletu, kolejna lotna grupka, zabawiająca się latarką była widoczna jakiś kilometr przede mną (ale zniknęła gdzieś za zakrętem). Ciekawe czy na Airguns są podobni narwańcy...

Zacząłem czesanie. Z tego co pamiętam tego rejonu jeszcze nie robiłem. Koło 1-2 zaczął padać śnieg. Strzelanina - doroczne polowanie na dziada - już znacznie osłabła, czy to z powodu pory, czy to z powodu upojenia zwanego stanem ulubionym czy to z racji wyczerpania amunicji. Jaka szkoda że nie mam nart! Mógłbym sobie teraz pomykać w świeżym śnieżku, w ciszy i spokoju. Właściwie sprzęcik już obejrzałem. Dechy szerokie pancwagen z łuską (innych się chyba już teraz nie robi), wiązania z szerszym bolcem. Najgorzej z butami - jak się tego nie robiło od lat nastu, jest problem i z rozmiarem i z oceną funkcjonalno-wytrzymałościową modelu. Nic to. Poprawi się po świętach. Póki co klimat jeszcze nie popłynął do końca i trochę dni ze śniegiem jest.

Szedłem sobie dalej. Byli mieszkańcy. A jakże. Trudno jest jednak być mieszkańcem miejskiego lasu - nawet jeśli to rezerwat czy park krajobrazowy. Ciągle ktoś ci włazi do pokoju, zmusza cię do wstania od stołu czy z łóżka i przeniesienia się do/na inne(go). Mi by to przeszkadzało. Częściowo źródłem problemu jest, że z jednego końca ścieżki tablica stoi, z drugiego nie. Taki napis, "Ostoja zwierzyny, wstęp wzbroniony". Miasto pożałowało leśnikom, albo leśnik nie dba, czy jakoś tak, pewnie nie prosto (czarno-biały to jest tylko las zimą). Deczko głupie było, że mimowolnie przerwałem mieszkańcom kolacyjkę, zmusząjąc ich do zmiany stolika.

Dotarłem na skraj. Grupka ludzi szukała swojego podchmielonego koleżki, podejrzewając że wlazł w las i zniknął. He. Przykro mi, ale jeśli jest prawdopodobieństwo że wszedł i zaległ, to raczej dzwońcie sobie po służby, niech go profesjonalnie szukają. Co najwyżej jak spotkam, to go wyciągnę. Rysopis? Dobra, dzięki cze nara. I polazłem czesać następną przecinkę, w drugą stronę.

No tak. Po chlaniu trzeba wyjść i trochę ciepła oddać. Pooddychać żeby kaca osłabić. Przetrawić za duży obiad zjedzony grubo po kolacji. Święta to jednak debilizm i patologia. Może napędza koniunkturę, ale równie dobrze można by to wszystko wsadzić w paczkę i wysłać do jakiegoś kraju trzeciego świata, zamiast rok w rok narzekać na rozdęty kałdun. Też by koniunkturę tak samo napędzało. Z dokładnością do tego, że jakiś nawiedzony debil zamiast przyczepić sobie trotyl do dupy, wsadziłby go do paczki z mąką, jednej w pośród miliarda krążących po całym świecie (zakładając że takowy ruch by się jakimś sposobem - choćby dla sportu - zaczął). Znaczy mi to tak naprawdę wisi - fantazjuję sobie tylko, tak cynicznie w sumie.

Wracając więc do łażenia po pijaku: z rzyglarstwa pamiętam, że alkochol rozszerza naczynia krwionośne i człowiek oddaje ciepło do otoczenia szybciej niż normalnie. Znaczy szybciej można przypadkiem zdechnąć poprzez zamarznięcie, jeśli zaprawilim się dostatecznie by w rowie w śniegu zlec.

Czesząc w te i we wte spotkałem jeszcze 2 nagrzanych kolesi. Szli sobie, ale z rozmowy wynikało, że pomyliły im się kierunki o 90 stopni. Dość że pi razy drzwi i tak by doszli tam gdzie szli, tyle że inną drogą. Jak im odmarznie to i tamto to może mniej zaleją następnym razem.

I tak to było. Dziad się gdzieśtam zjawił, dowcipy opowiedział i sobie poszedł. Odkopałem zamaskowane we współdziałaniu z matką naturą środki transportu i bielusieńką drogą około 4 wróciłem sobie do domu. Co ciekawe ruch o 4 był jak w dzień powszedni. I sporo ludzi po tym świeżutkim 3-5 cm sypkim śniegu na zbitce jechało sobie 70 kilo na godzinę. Spieszyli się pewnie - jak to ktoś ładnie na pewnym dowcipnym zdjęciu zauważył - na zlot miłośników opon letnich (takowe są organizowane zimą spontanicznie - od czasu do czasu na i przy większych a rządkiem uczęszczanych drogach przelotowych).

Tak. W domu oczywiście czekała na mnie teściowa... Ale ja już miałem to gdzieś. 18 kilo (niewiele, zawodowcy dziennie robią 80-120) zrobione w ciągu tych 4-5 godzin podbudowało mój dystans. Poszedłem spać. Gdy zamykałem oczy, pokój wydał mi się jakiś taki miękki - w odróżnieniu od czarno-białych, kontrastowych krajobrazów lasu. Zasnąłem. Wstałem. Nawet spać mi się nie chce. I o to chodziło.

Czy ta historyjka jest prawdziwa? Nie wiem. Nie wiem kim byli ludzie, których tej nocy widziałem czy spotkałem. Teściowa za to opowiedziała mi dowcip. Że "teściowa skarży się teściowi: zegar się na mnie prawie przewrócił w przedpokoju - spadł tuż za mną! - a teść na to: - Ten zegar zawsze się spóźniał.". W każdym razie wolę jeszcze chwilę zostać przy wczoraj, dzisiaj interesuje mnie tylko o tyle o ile ja je determinuję wedle planu.

0
Average: 4.8 (4 votes)

Powered by Drupal - Design by artinet