Wycieczka

Kolejna zwykła historyjka, jaką każdy może sobie w realu stworzyć.

Wpis trochę nieświeży, bo klimaty przeszły. Jak zwykle 90% prologu i 10% tematu. Ale po kolei.

W pracy w piątek atomówka wszystkim w skrzynkę i dowidzenia. Chlasta lavista popaprańcy - do poniedziałku. Ich szczęście jak otworzą dopiero po wekeendzie, przynajmniej sobie odpoczną. Biada temu kto sobie na lewiźnie przekierowanie ustawił do domu - bo może po otwarciu w piątek wieczorem bez uzasadnienia będzie robił w pory przez całe 2 dni.

Atomówka atomówką, ale dekiel zryty zostaje. Idziesz do domu, a te agresywne myśli jakoś wracają. Siadasz poczytać, a tu znowu to samo. Lata toto po prostu całą chmarą wokół głowy. Tak to jest, jak się pracuje z opływowymi ludźmi, celowo udającymi niepełnosprawnych umysłowo.

Jak się człowiek zaangażuje w coś, to się skupi na tym czymś. Jeśli owo coś okaże się zdezorganizowane że aż beznadziejne (nie przynosi sukcesu, nie realizują się milestony, ciągnie się jak przez morze a droga znaczona jest kolejnymi napotkanymi taboretami i parapetami) to sam się człowiek tą beznadzieją staje. W myśl starej zasady: na czym się skupiasz, tym się stajesz (źródło: chyba daleki wschód).

Pierwszy, naturalny, prosty odruch obronny jest taki, żeby to rozgonić. Rzecz w tym, że akcja rozganiania nadal dzieje się w głowie i wtórnie klajstruje organ umysłu uniemożliwiając użycie go do innych celów. Tak się nie da.

No więc trzeba zrobić tak jak piszą w poradniku doktora Paulizkiego - jak to cytował pan Sapkowski w felietonie http://www.sapkowski.pl/modules.php?name=News&file=article&sid=320 (uwaga: ten felieton świeci własnym światłem i ja nie pożyczam go sobie - linkuję, bo moim zdaniem zajefajna i przydatna na co dzień sprawa tam zahaczona jest - na inny temat co prawda - czy może jak kto woli na ten sam - dość że daje się adoptować ;-) ). Mianowicie trzeba wziąć tego swojego wariata, i zrobić jakoś tak, żeby wariat "używali przejażdżki w takie mieysca, gdzieby co nowego widzieć mogli".

Tradycyjnie więc, czując w powietrzu kolejny weekend przepiętrolony na bezdurno na kręceniu się w kółko za straconym tygodniem minionym, coby temu szkodliwemu zjawisku zapobiec a zdrowie psychiczne podreperować, wybrałem się na dłuższy spacer (planując jeszcze zaliczyć następnego dnia albo strzelnicę albo siłownię, czytanko i takie tam z nagromadzonego repertuaru). Akurat zrobiło się ciepło. Zgodnie z zaleceniami dochtóra Paulizkiego poszedłem w trochę inne miejsce, trochę inną drogą, cobym co nowego widzieć mógł. Film urwał się dość szybko. Bo też i starałem się bardzo - znaleźć myśli inne, nie należące do porypanego świata zaliczanego w dni robocze. Pogoda tylko sprzyjała tej konwersji. Było ciepło i człowiek wspominał sobie wiosenne koloryty z minionych szczenięcych lat.

Tradycyjnie wziąłem jakąś zabawkę, ale zielony świat widziany przez monokl szybko mi się znudził. Dotarło do mnie po całym tygodniu ręcznego sterowania (czy może raczej jazdy na ręcznym), że chyba pora przestać się zmuszać do jakichś ćwiczeń, udziwnień, napierdalanek, rozpędzania demonstracji pojebów tworzących coś na kształt sieci neuronowych złożonych z pojebów zamiast neuronów. Wyłączyłem więc zabawkę i szedłem tak sobie chłonąc otoczenie.

Las po roztopach wygląda ciekawie. W jednych miejscach leży jeszcze śnieg i jest jasno jak zimą. W innych śniegu nie ma wcale i jest elegancki ciemny las.

Drzewa iglaste już pachną.

W takim wiosennym lesie raz idzie się duktem gdzie leży nie stopniały ubity śnieg a innym razem po gołej niepokrytej śniegiem ziemii. Czasami wpada się w kałużę pod lodem udającym zbity śnieg na dukcie.

Po śniegu na dukcie ślizga się człowiek niemiłosiernie. Idzie się wolno, kroki są małe, pracuje dużo mięsa z obu stron. Chrzęści przy tym straszliwie butem to jednym to drugim, zdradzając pozycję swoją. Po ziemii bez śniegu idzie się z kolei bardzo wygodnie - szybkim, długim, sprężystym krokiem - w letkim błotku. Błogosławione błotko - nikt się nie dowie.

Cisza, spokój. Fajnie jest. Tam gdzie pod resztką śniegu jest kruchy lodzik i pod nim kałuża - wpada się po kostki w wodę. Przypomina się ten dowcip o samotnym facecie co wrócił do domu i krzyczy "kochanieeee! wróciiiiłeeeem!".

Zabawne jest, że miejscami było ciepło jak latem i szło się kilkanaście-kilkadziesiąt metrów w ciepłym powietrzu, a miejscami wchodziło się w pasmo/bąbel powietrza wyraźnie zimniejszego - dawało się to wyraźnie odczuć na rękach i twarzy. He. Bardzo fajna sprawa. Tak jakby się pływało w lekko rozbujanym morzu w ciepły dzień - kiedy to przy powierzchni jest ciepła woda, ale głębiej jest zimno i miejscami się te masy mieszają (tyle że w pionie). Tako to już jest z tymi wpływami podłoża tudzież turbulencyją atmosferyczną.

Wbrew zaleceniom doktora Paulizkiego nie udało się uniknąć zajrzenia w te same miejsca. Ale wyszło to na plus. Mózg przypomniał sobie i zaczął odtwarzać z pamięci skojarzenia z miejscem i okolicą. A o to między innymi chodziło. O zmianę płyty mianowicie.

Dalej trochę przestrzeni. Zaorane błotniste pole. Chłop na skraju pola wywalił gnój pod lasem. Użyźniał pewnie będzie. Dymi się z tej sterty jak z pieca. Przypominają się niskie górki typu Świętokrzyskie czy inny Beskid latem - gdzie takie zapaszki są non stop gdy chodzi się szlakiem przez różne wsie. Miastowe wieśniaki chętnie to chłoną.

Mijam tę kupę gnoju. Za chwilę, jak znajdę się po zawietrznej, trochę mniej wesoło będzie.

Idę dalej. Chce mi się wchodzić spowrotem w ten las? Nie, tu na miedzy mi dobrze. Przestrzeni, perspektywy i krajobrazu też mi w końcu pewnie po całym tygodniu brakuje.

Dzieci. Tak. Dzieci też przyszły odreagować. Nie wiem po czym, ale pewnie po czymś. Ogniska nie wiedzieć czemu nie palą. Krzyczą radośnie na cały las, że zaj... trzeba kogoś z Polonii czy jakoś tak.

O. Coś jedzie pobliską drogą. Trochę wolniej, trochę szybciej. Ciekawe czy to radiolka sunie przez błoto. Klękam przy kępie krzaków i wyciągam po lornetkę (ordynarny chinol, od MadRian-a się w piaskownicy jeszcze nauczył żem). Samochód podjeżdża do dzieci. Patrzę czy widać koguta i co się dzieje w snopie światła reflektorów. Ano nic. I koguta ni ma. To chyba tylko dostawa paliwa albo imprezowiczów - bo coś mi mówi, że raczej nie lasek na imprezę. Samochód odjeżdża.

A ja sobie idę dalej, tylko może tak trochę łukiem. No bo przecież jak nie znajdą tych z Polonii to może i wj... pierwszemu spotkanemu. A ja przecież tylko sobie wyszedłem dekiel wyprostować.

No i tyle tego było. Na koniec zaliczyłem jakąś sowę. Najpierw jedną, potem drugą. Obie pohukiwały gdy doszedłem w pobliże ich siedziska. Zobaczyć niestety nie udało się.

Po spacerku, następnego dnia, na strzelnicy było fajnie. Co jednoznacznie i ewidentnie dowodzi, że warto było pierwszego dnia weekendu strzelić sobie tanią wycieczkę pieszą.

0
Average: 4.5 (2 votes)

Powered by Drupal - Design by artinet