Wreszcie wyruszyłem

No cześć dzieci (a może już nie dzieci). Nie w porządku było by, gdybym się nie podzielił. Tako i macie. Subiektywnie a amatorsko.

Eeee... w zasadzie właściwy tytuł tej akcji wymyśliłem już kiedyś. Brzmi "Śladami KNI". Tylko jakoś mi się zapomniało i już przekabacał nie bede, coby wam się nie pomyślało, że podlizuje się.

Nigdy nie byłem ani dobrym pisarzem, ani dziennikarzem, ani blablabla (długo by można jeszcze wymieniać owo imię dziewki pięknej Ani). Wcześniej siliłem się na dopracowanie tekstów, i tak nic z tego nie wyszło, poza moją niechęcią. To zresztą sprawiło że odpadłem. Teraz już wiem, że nie warto się wysilać, więc piszę tak jak wszystkie przerośnięte niedouczone e-dzieciaki na świecie: nie po kolei, niekompletnie, bez związku, i tak dalej. A co tam. To nie Tefałen gdzie lać się musi równo.

Ech, no przede wszystkim był (i jest) taki temat w pozatematycznym: Poradnik Trapera. Fajnie się pisało. Coś jak tzw. build-up w strzelectwie przed znaczącymi zawodami uznanymi za cel (tak sobie teoretyzuję, bo zawodnikiem dalej nie jestem). Nie wiem jak w drugą stronę (w końcu temat zdechł).

Wcześniej jeszcze było liceum. Jako outsider kręciłem się przy kółku wspinaczkowym. Miałem też kumpla, który aktywnie wycieczkował w Bieszczady i takie tam. Fascynował się survivalem, więc sporo informacji mi od niego wyciekło.

Ta. No a teraz, będąc dorosłym coraz bardziej upasionym mieszczuchem postanowiłem w kontrolowany sposób rozwalić tę "miejską konwencję". Wspomniany temat poradnik trapera pomagał mi w tym o tyle, że mogłem się pluć na temat, mając wrażenie (i może nie tylko wrażenie), że faktycznie dokądś idę.

Jak wiecie z tematu, równolegle cośtam kombinowałem. Skołowałem namiot, śpiwór, ruszyłem tyłek na świeżo kupione narty (znowu, stara mięta odkurzona jeszcze z podstawówki gdzie jako gówniarz załapałem trochę temat ze starymi i na koloniach).

Jak nie wiecie, trochę trenowałem w Warszawce. Trening polegał na marszach z obciążeniem (10kg na pasie), jakieś 4-6km, nieregularnie. Oprócz tego wycieczki do lasu (10-12km). Wszystko po to, żeby od czegoś zacząć. Oprócz tego pomykanie kilka razy pod górkę w tę i spowrotem (niby bez sensu, ale... i tak moje życie jest jak pyta). Korzyść z tego miałem taką, że byłem zdolny do pracy umysłowej, a jednocześnie zaczynałem pracować nad jaką taką formą - wyrywającą mnie zza biurka i też z umysłowego letargu.

Ta. No i w końcu przyszedł czas, żeby pojechać w normalne góry. Takie tam sobie, nie za wysokie. Marzył mi się rajd z namiotem, ale doszedłem do wniosku, że za wygodny jestem i chrzanię to. Zresztą na początek nie ma sensu.

No więc tak. Pojechałem w znane sobie miejsce (trochę feralne, więc lokalizacji nie podam, i tak prawda... więc po co prawda... skoro prawda... i tak prawda... no). Zaczepiłem się tam poza sezonem, w porze poniekąd przejściowej. Z mapy wiedziałem, że będzie gdzie pójść i ze 2-5 tras da się zestawić w pętelkę.

Eeee, a tak, najpierw przygotowania. Więc namiot nie (po cholerę), śpiwór tak (a przetestuję), karimata nie (śpię i kupę robię wygodnie, jak mieszczuch). Zabawki tak, kosa tak. Gaz i palnik tak, michy tak, niezbędnik Bundeswehry tak, latarka wiadomo, parę jednostek zasilania. Radyjko dla checy tak (a nóż kto usłyszy). Eeee... a jaki plecak? Ten mały? Beczkę US Army? Chwila kombinowania i ilość żarcia zadecydowała, że jednak beczka. A co tam, najwyżej przekibluję parę dni gapiąc się tępo z tarasu w górzystą dal.

No właśnie. Żarcie. Tyle się plułem w temacie, teraz pora na prawdę wyjechać i żreć coś trzeba. Wziąłem zupki, konserwy (fasola, qqrydza). Nalot na sklep ujawnił, że jest od cholery małych pasztecików i sardynków. Chleb ciemny (ten który żrę w Warszawce może i zawiera jakieś dodatki z mielonego konia, ale leży cały tydzień i się nie psuje). Woda. 3x1.5l wody niegazowanej. Herbata. Zaprawa bezprądowa do herbaty (soczek made in Herbapol w buteleczce od Coca-Coli). Jakieś mikroparófki zafoliowane się złapały (nie ma to jak się nażreć z rana). No i intuicyjnie tak jakoś na wierzch parę pomidorów i ogórków.

W ostatniej chwili kupiłem termos 1L. Stalowy, co picia, ze zwykłym korkiem, bez p... zatrzaskowych g... których nie sposób umyć, i do których nie sposób skołować pękniętych (po 5 latach) uszczelek.

Ta. I ja mam jechać pociągiem? Przypadek (czy raczej brak planu) zdecydował, że ostatecznie wsadziłem tyłek we furmankę. Jakoś tak. Może i dobrze, bo trochę przydużo tego szpeju wziąłem.

Droga płaska jak stół, aż nudno i spać się chce. Po drodze [autocenzura] naprawiające drogi za pomocą ograniczeń prędkości, grzybiarki (kto to kuchnia dupczy takie pudła straszliwe???). Miły też akcent - wiatraki. Jednak zachód jakby pomału wchodzi do Polski... Po 300 kilometrach doszedłem do wniosku, że rzucanie mięsem na każde napotkanie 70 w kółku szkodzi zdrowiu i dałem sobie spokój. Zresztą tym sprzętem wiele szybciej nie popruję - wiadomo, gacie mogły by się zacząć pruć przez indukcję.

Ta. No, dojechałem.

Śpiwór przetestował się już pierwszego dnia. Na południu ludzie twardzi, więc nie grzeją. Gdyby nie śpiworek, gapił bym się z tarasu nagrzany w dal, na aspirynie.

A właśnie. Naturalnie. Mydełko, gąbeczka, dezodorant, szczoteczka, pasta. No i aspiryna, tudzież inne elementy apteczki! Żyletki nie brałem, w końcu to underground/underwater, a na podwodnych tacy na przykład Germańcy się nie golili. Przecież widziałem na "Das boot".

Ta. No więc chwilę z rana pomendytowałem, wtranżoliłem parówki i serek na śniadanie (właśnie, wziąłem jeszcze serek) i polazłem w pierwszą ścieżkę. Połączyłem sobie parę przecinających się szlaków, żeby zrobić kółko i wrócić do punktu wyjścia.

Gdy wychodziłem świeciło słońce. Zacząłem leźć pode górę. Asfaltem na początek. Jednak przydały się treningi w mieście. Bez nich bym zdechł. Stałbym jak ciota zasapany z blokiem psychicznym. A tak... jakoś się szło. Wiadomo, lat mam ile mam, kondycja psychiczna też taka sobie, co tam się szarpać. Mogę sobie stawać kiedy mi się podoba i chlać wodę kiedy mi się podoba - byle nie przepełniać i mieć na uwadze to, że do końca dnia jeszcze musi starczyć. Mialem raptem 1L herbaty z sokiem i 1.5L wody. Tej ostatniej miało być 0.5L na chińczyka.

Ile tachałem? Nie wiem. Myślę, że wszystkiego z 10kg było. Z założenia nie ważyłem (po powrocie też mi się nie chciało, to nie artykuł profesjonalny, spadajcie, nie mam czasu), chwalić się też czym nie ma (są zawodnicy co trenują jak wieść niesie z 30kg regularnie, więc pikuś jestem). A odchudzać szpeju nie zamierzałem, w końcu jedyny sens tego wyjazdu to eskapizm, rajd i kondycja.

Ta. No więc jakoś po przebyciu 200-300m w pionie rozgrzałem się i złapałem swoje tempo.

Gdy włazłem na górę - siąpiło. Słowa do tej pory nie było o ubraniu. Wziąłem polarek. Wziąłęm czapkę i szalik (podyktowane stanem zdrowia). Wziąłem pelerynko-plandekę Helicona (taka spora płachta z otworami na linki, napami na 2 brzegach i dziurą z kapturem w środku). Bluza bawełniana dresowa. Bielizna. Trochę miejsca w beczce, żeby chować to co zdejmuję.

Specjalnie nie kombinowałem. Wiedziałem że przy mojej kondycji i upasionej świńskiej dupomordzie (z charakterystycznym wałem tłuszczu pod ryjem) będę cały mokry, niezależnie od deszczu. Wiedziałem, że zawsze mogę się wrócić i schować w kwaterze. Wiedziałem, że jak będę mokry, to nie należy się specjalnie zatrzymywać. Wiedziałem więc, że będę napierał swoim tempem, niezależnie od tego co się stanie.

Buty górale. Były wątpliwości czy nie popłynę na błocie lub śliskich kamieniach (a przeca są jeszcze liście). No ale żyje się raz. Właśnie. Telefon i ładowarka do kompletu. Naładowany przed wyjściem. Każdy chyba kiedyś słyszał co GOPR mówi na ten temat (a sprawność bateryjek spada wraz ze spadkiem temperatury i wzrostem wilgotności).

Tak proszę wycieczki. No więc jak wlazłem na górę, to słonko dzieś sobie było chyłkiem poszło i już siąpiło. Tak to jest w porze przejściowej. Raz że chmurki jakoś tam szły, dwa jakieś fronty były. Trzy, chyba tzw. warstwa graniczna jest cienka i jak się wyjdzie nawet w niskich górkach powyżej pewnego poziomu, to się kuchnia zimno robi, bo mieszanie słabnie. A do tego chmury. W chmurach przechodzących nad szczytami jest zimno. Eeee.... AFAIR dlatego, że, że... eeee... no woda sprawniej niż powietrze wypromieniowuje na długich i w chmurze, pod chmurą i nad chmurą jest spadek temperatury. Po prostu robi się przenikliwie zimno.

W każdym razie zacząłem pomału obalać herbatkę. A w międzyczasie skończył się asfalt i zaczął się normalny prawdziwy szlak. Szedłem sobie. No co. Fotek nie będzie. Rzecz w tym, że to trzeba mieć w realu. Nie z telewizora.

Później zajarzyłem, że w porze przejściowej taktyka jest taka: do pewnej wysokości woda, ale jak się robi zimno, to już herbatka.

Trasa prowadziła przez 2 górki, z niewielkim przewyższeniem na każdej (w stosunku do przełęczy). Pomału się wdrażałem. Padał przelotny deszcz. To las. To polana. To widok. Pogoda deszczowa zajebista, gwarantuje, że nikogo się nie spotka.

A jednak trafił się rowerzysta. Popylał na bikeu na największym trybie pod górkę z której ja akurat szedłem w stronę przełęczy. Są tacy. Pablo mówił, że w terenowym też są zawodnicy którzy cośtam rządzą na rowerku na nizinach po kilkadziesiąt kilometrów. Tak tak dzieci. Wyłączcie telewizor i sami idzcie zobaczyć w teren.

W górach jakoś tak dziwnie jest, że młodzi (jeszcze wyglądam ;D ) luzie mówią sobie cześć. Byłem zaskoczony. Po trosze dlatego że nie bywały, ale głównie dlatego, że wyobcowany z patologicznego i wrogiego środowiska cholernej mojej Warszawki (nie mówię o Warszawie jako o całości, mówię o moim wycinku, nie koniecznie terytorialnym - chodzi o to zalegające w psychice nieuchwytne g...; "łan dej chwycę cię za rogi, i przygniote do podłogi", rozumiecie o co biega, każdy inaczej rzecz jasna).

Ta. Był sobie szlak, ale obok szlaku była stroma górka. Postanowiłem na nią wleźć. Jak zwykle dla sportu. Z przerwami się wczołgałem. Wiedziałem, że nie jestem jedynym maniakiem i na pewno po drugiej stronie jest ścieżka wracająca na szlak. Wlazłem celowo. FM-23 cośtam mówi, że na wzgórza wchodzi się po skosie, bo wtedy snajper traci mniej energii. He. Tym razem nie o to chodziło. Tym razem chodziło o to, żeby wleźć tą stromą ścieżką.

Po drodze rzuciło się, że chyba nie tylko bikerzy tu urzędują. Chyba też spaliniarze maści różnej. Ktoś chyba starał się im pomóc i położył parę drzew ;-) . Jestem to w stanie zrozumieć. I najwyraźniej dobrze, że przyjechałem tu poza sezonem. Polityka częstych krótkich urlopów antyocipieniowych najwyraźniej jest strzałem w dziesiątkę (tak długo, jak inni równie małozasobni obywatele nie-Majorkowi i nie-Cyprowi nie zaczną jej uprawiać).

Ta. Reszta trasy to już było równo, grzebietami, z nieznaczynymi, spacerowymi przewyższeniami kilkadziesiąt-stokilkadziesiąt (na oko). Fajnie, tylko padał deszcz i - jak to na grzbiecie - wiało. Trochę mnie wychłodziło. Pelerynka sprawiła się. Co prawda byłem mokry od środka, ale to było wliczone w koszty od początku. Ważne było, żeby plecak pod spodem był suchy.

Gdzieś na środku tego grzbietu zjadłem obiad. Właśnie. Zapomniałem. Z żarcia do testów zgarnąłęm jeszcze w sklepie w Warszawie (oczywiście płacąc, kimkolwiek jesteś czytelniku) takie "burgery" na grilla. Wybrałem te, w których było najwięcej mięsa innego niż kuraki, żeby się różniło od parówek.

Piszę tyle o tym żarciu, bo w sumie chodziło o sprawdzenie co się nada a co nie, i co ja jestem w stanie żreć a się nie porzygać.

Właściwie już w tym miejscu wyszło, że dużo żarcia nie potrzeba. Nie chce się jeść. Bardziej chce się pić. Aczkolwiek posiłku nie należy zaniedbać. Pomiarów medycznych cukru nie robiłem (i normalnie też nie robię), ale po odczuciach wnoszę, że jednak cukier i energia spada. Trzeba coś zjeść. O tym jeszcze dywagacje dalej.

Co tu dużo opowiadać. Pójdziecie to sami zobaczycie.

Padało coraz mocniej, widoczność w chmurze spadła do jakichś 50-100m. Zrobiło się zimno. Ale ja to z założenia miałem w dupie. Nie to żebym był taki chojrak. Po prostu taki był plan, a ja wiedziałem, że to nie zima i nie Tatry, Alpy czy inne Himalaje i zawsze się dokądś doczołgam bez zawracania głowy potejncjalnej lotniczej "obsłudze naziemniej". Znałem też swoje możliwości. A gdybym nagle zdechł z powodu zawału (co raczej wykluczały całoroczne spacerki w Warszawie), to przecież rozwiązało by się naraz tyle problemów. I może idąc przez ten jakiś tam tunel na chwilę wiedziałbym więcej, a też i gówna różne nie przesłaniały by mi tak rączo horyzontu.

Tak. No zdechnąć jakoś nie chciałem, aczkolwiek stan zdrowego zmęczenia, tudzież porzucenia wszystkich nierozwiązywalnych idiotycznych problemów, zaczynał powoli następować. Co oczywiście cieszyło mnie. Tyle człowiek ma pierdu ile ma go w psychice. Dokąd jest się jako tako zdrowym fizycznie, cielsko nie stanowi ograniczenia.

Tak. Niewątpliwie ta wycieczka była wyjściem na dalszy krąg. Nie rozwiązywała żadnych problemów, ale czyściła i problemy na chwilę zniknęły. Nie ma to jak się dobrze dojechać i sponiewierać. W błocie, deszczu, gdzie świata codziennego nie ma. Wróciły instynkty. Zmieniła się perspektywa spojrzenia na samego siebie i innych ludzi. Wszystko było inaczej. Lubię takie kontrasty. Dlatego, że wtedy dużo widać.

Przestało padać. Dziwnie miło się zrobiło - nagle widoczność zrobiła się znowu kilka kilometrów. Fascynujące. Wszystko przestało być rozmyte za mgłą.

Schodziłem. Całe szczęście, że nie poszedłem odwrotnie do wskazówek zegara. Zejście było stromsze niż podejście i na pierwszy raz to było by niesympatycznie.

Na zejściu był ostry, wartki strumień wcinający się w zbocze doliną. Szumiał przyjemnie, zasilony świeżą deszczówką. Całe szczęście, że nie posłuchałem kumpla i wziąłem wodę w butelkach. Uniknąłęm eksperymentów (pewnie nic by się nie stało, ale... po co sobie psuć urlop). No właśnie. Dopiero po nastu kilometrach napotkałem strumień. Wodę jednak warto wiziąć, przy takiej masie i nieprzyzwyczajeniu do wysiłku byłbym już odwodniony. Jechałem na herbacie. Wodę wychlałem. Z zupki dawno zrezygnowałem. Palnik i michę targałem na bezdurno.

Zlazłem. Po drodze, oglądając się wstecz, na szlaku zauważyłem zaskakujące tabliczki: teren prywatny - chcesz wejść, zadzwoń. I numer telefonu. He. Poszanowanie własności poszanowaniem własności, ale... mnie to nie dotyczy, bo w tamtą stronę tabliczek nie było. He. Trzeba wiedzieć w którym kierunku szlakiem iść. Najwyraźniej góry się pojechały nie tylko w temacie stoków i wyciągów narciarskich. P...ny kapitalizm. Fajny gdy ty w d... r... innych. Mniej fajny, gdy ktoś j... ciebie albo drogę ci grodzi. Gdzie jest złoty środek? Na pewno nie tam gdzie jeszcze kilka godzin temu były moje poglądy i początek układu odniesienia...

No i tyle. Zrobiłem 20km i wróciłem padnięty. Po drodze niepomny, że to sobota, wbiłem się do zamykanego sklepu i zatankowałem 2L soku z kartonu.

Dolazłem do kwatery, zdjąłęm przemoczone buciory i gacie, wciągnałem wszystko do środka i zwaliłem się na ryj.

Poleżałem tak sobie w półśnie. Chyba miałem lekką gorączkę. Ale to normalne po takiej akcji. Organizm nieprzyzwyczajony. Czułem jak mi serce pracuje dużo szybciej niż normalnie i mimo półsnu nie chce zejść z obrotami. Jakoś jednak nie przerażało mnie to. Wprost przeciwnie. Czułem się dziwnie dobrze...

Po jakichś chyba 2 czy 3 godzinach odniosłem wrażenie, że pompka zwalnia i chyba nastąpiła wstępna regeneracja. Zwlokłem się więc, by zeżreć coś ciepłego a potem wziąć prysznic i rozłożyć wszystko co mokre. Zupkę chińską, której jeszcze 2 dni wcześniej miałem dosyć, zjadłem z przyjemnością, "zakraszoną" burgerem. Z lubością wpakowałem ogórka i puszkę fasoli (oj przydały się te "warzywa" konserwowe, przydały się). Ot proste życie.

Pokręciłem się (pod koniec dnia zrobiła się pogoda) i poszedłem spać.

Po takiej akcji dobrze się śpi. I dobrze się rano wstaje, niezależnie od tego jak zarywało się wieczory w minionym tygodniu. Wszystko jest inaczej.

Drugiego dnia śniadanko i spowrotem na trasę, na drugą stronę doliny, tam gdzie wczoraj urwałem i zakręciłem do kwatery.

Plan stołówkowy się zmienił. Termos 1L jak poprzednio, palnik i micha won (tym bardziej, że podjeście będzie stromsze), za to 2 flachy wody (3L). Z jedzenia kanapki. Trzy. Więcej po cholerę. (Potem okazało się że za mało, ale dojdzie się do tego.)

Wchoziłem w słońcu. Z doliny to chyba było jakieś 600m przewyższenia do pokonania. Grzałem się, ale znowu, mimo słońca, od pewnej wysokości (400-500m) w tej porze robiło się zimno i jakoś tak wiać zaczynało. Może to nawet i nie tyle kończąca się warstwa graniczna ile dominujący gradient (sucho-, wilgotno- czy jakośtam adiabatyczny w każdym razie). Zakladałem więc czapkę i szalik. Nauczony doświadczeniem z poprzedniego dnia z wody przechodziłem na herbatę.

Na górze jak zwykle wygwizdów. Tego dnia zaliczyłem najwyższą górkę w tym dwudniowym rajdziku (takie tam 900m). Nie padało, więc odpaliłem radyjko. Słyszałem jak jacyś goście gadają (chyba na dopale), ale nikt mnie nie słyszał. W szczególności Cypis - po części dlatego, że pewnie nie siedział na żadnym radyju ;-) . Po części chyba dlatego, że to może jego okolica, ale w BB to on nie mieszka ;-) . Gdzie właściwie jest QTH Cypisa? Do tej pory nie chciało mi się sprawdzić. Nic personalnego Cypis - tak mi się rejonem kojarzy. Pozdro. A zresztą - ile można z tego ręczniaka wydusić. Na kilka może poleci, ale nie dalej.

Poszedłem radośnie grzbietami. Znowu było lajtowo. Jakbym był na spacerze w Warszawce. Ale klimaty i widoki zupełnie inne.

Po drodze było schronisko. Zjadłem kanapki, obaliłem herbatki i z buta dalej. Tym bardziej, że burza stała w dolinie obok i należało spylać.

Ta. No i teraz będzie największa głupota. Jak zszedłem spowrotem w swoją dolinę, burza przelazła. Szła bokiem, ale wiadomo jak to jest. Czasem wali z krawędzi kowadła (grom z jasnego nieba). Znany jest też przypadek, że pilot lecąc w pewnej przyzwoitej zdawało by się odległości dostał na wylot gradem w statecznik poziomy. Więc... Nie ma że cumulonimbus jest obok... zawsze zagrożenie jest... He. A ja szedłem. To nie było mądre.

Szedłem tak i szedłem, lało jak cholera. Na szczęście byłem jeszcze w dolinie (gdzie - o tej porze i przy tej pogodzie, to nie reguła - było cieplej niż wyżej). Pelernka super, tylko ma tę własność, że podaje wodę na nogawki bojówek. A te, jeśli są ściągnięte na dole, podają wodę prosto do butów. Tak więc w przeciągu 15 minut miałem buty pełne wody. Dopiero następnego dnia z właściwą sobie lekkością obudzonego słonia zrozumiałem, po co jest ta pedalska sznurówka u wylotu nogawki bojówek. Po prostu jak nap... deszcz, należy ją rozpuścić, żeby woda płynąca nogawką nie leciała do buta! Oczywiście bojówki trzeba mieć skrojone na długość, bo inaczej z rozpuszczoną nogawką daleko nie zajdzie się...

Deszcz w końcu przestał padać. Pedalska pelerynka Helikona znowu się sprawdziła - beczka na plecach była sucha. Idealnie nie było, bo płaszczyk był mokrawy od spodu, ale... i tak było OK. Wiem, że mogę z tym łazić. Co najwyżej drugie warto mieć na zapas, albo na pedalski daszek coby przystanąć sobie a przycupnąć. Od biedy można jednym... tak może zostanę przy jednym, chwała Ockhamowi za jego brzytwę.

Złaziłem znowu - do właściwej, docelowej doliny. Asfalt. Kurde. Jak oni ten asfalt położyli na takim spadku? To musieli być macherzy. Za komuchów. Teraz już takiego asfaltu chyba nie zrobią... Swoją drogą - jak to się robi? Jak położyć asfalt na wzniesieniu subiektywnie wyglądającym na 1:2 czy 1:3?

No i czas na finał. Na koniec została mi jeszcze jedna górka. Jedna pedalska górka. Ile ona miała? Może 400, może 500m przewyższenia od doliny z której wyłaziłem...

Iść szedłem. Prolemy zaczęły się przy końcówce podejścia. Niestety trochę się przeliczyłem. Chyba za dużo energii straciłem w tym deszczu. I nie miałem kolacji. Herbatka też się kończyła. Myślałem że zdechnę. Już byłem u szczytu, ale jakoś tak przestało mi się chcieć. Oj, coś bardzo blisko mam tę granicę... No i fizycznie przeholowałem.

Jakoś się doczołgałem. Gorzej było z zejściem. Też mi się nie chciało. Zrobiło mi się tak jakoś wszystko jedno. Było już późno. Ile to godzin? 9? He. I do tego znowu ta chmura. Zimno jak cholera, do kompletu słońce już pomału najwyraźniej znika nie to że za chmurami, ale za grzbietami.

Dowlokłem się. Na liczniku 30km tego dnia. No, dojechałem sobie wreszcie. W sumie machnałem 50 kilo. Wyczyn kurde życiowy ;-) .

I tyle. Żaden wyczyn. Zawodowcy robią 80km dziennie, biegiem. Z trochę większym bagażem. Bez ptania w czystym kiblu, spania w suchym i brania prysznica czy ćpnięcia sobie jednej aspirynki. No ale o czym my rozmawiamy. Pomału robię się pan starszy i nie ma co się napinać.

Możecie sobie zadawać pytanie co w tym wszystkim takiego, skoro mieszkacie na południu Polski i rzygać wam się chce od chodzenia pod górkę. No cóż. To wpis subiektywny... Zaspokojenie chłopca, jak to gdzieś ktoś ładnie nazwał takie zabawy...

Aha, jakieś fotki a'la to jak pogrzebiecie macie gdzieśtam w podforum KNI (kiedyś przynajmniej były). Jakieś stare, ale to mniej więcej to. Pozdro Cypis. Zastanawiałem czy przez Miłka do ciebie nie uderzyć, ale doszedłem do wniosku, że idę sam jak zwykle i nie ma co mieszać. A zresztą i tak pewnie nie miałbyś czasu. Jak to w życiu. Każdy spędza urlop wtedy gdy ma czas.

A jeszcze. Jaki był kontrast pierwszego dnia w pracy. Jakbym trafił do domu wariatów. Dosłownie.

Tak dzieci. Przepitoliłem jakieś 2h swojego życia pisząc wam to, a teraz dowidzenia. Cze nara, do zobaczenia gdzieś kiedyś w realu. Albo w temacie poradnik trapera. Have nice trip.

Przekaz pewnie nieklarowny, ale jak pójdziecie a zupę ruszycie, to se naprostujecie. Sory Cypis za zaskakujące cię pewnie wycieczki pod twoim adresem, ale tak jakoś mi się kojarzy i nie chce mi się już tego z tekstu usuwać.

PS. Nie ma sensu uderzać na więcej jak 2 dni. Zatrzymały mnie odciski. 2-3 dni to optymalnie. Co ciekawe jeszcze, samochodem wyszło taniej niż PKP (nie licząc oczywiście kosztów napraw i ubezpieczenia samochodu, o których tendencyjnie "zapomniałem").

EDIT:
No tak, paru ciekawych rzeczy nie napisałem, musiałem rzucić to i zawinąć się po żarcie do sklepu zanim zamkną. Teraz dokończę.

Tego drugiego dnia, kiedy już doczłapałem się do chałupy, pierwszą rzeczą którą wtranżoliłem były ostatnie 2 pomidory, ogórek i 3/4 puszki kukurydzy. Nie interesowała mnie herbata, nie interesował mnie ciepły posiłek. Mój organizm chciał zeżreć właśnie te 3 soczyste rzeczy. Jaki stąd wniosek? Odległy jeden taki, że odwodnienie to nie tyle brak wody ile brak soli czy jak tam się te elektrolity nazywają. Przyszło mi do głowy, że na wypadki skrajne można by poeksperymentować z środkami farmakologicznymi typu Gastrolit. To takie coś co zapodaje się podobno po odwodnieniu wskutek czkawki drugim końcem albo ostrego rzygania. Zdaje się dostępne bez recepty. Ale to w sytuacjach skrajnych i trzeba by sprawdzić. Bo tak, jechać na prochach w sporcie - trochę głupio. Aż tak źle ze mną nie jest, zawsze można się opylić tymi "warzywkami" z puszek. Ciężkie bo ciężkie, ale wiadomo - pomidor i ogórek długo nie pożyją, choćby ze względów mechanicznych. To tak technicznie, bo jak może dało się zauważyć, od pewnego momentu wycieczka miała zupełnie inny wymiar niż materialny.

Aha, no i wniosek z drugiego dnia był taki, że jednak kuchenkę było wziąć. Jednak zupka na kolację bardzo by się przydała. Wszystko przede mną, drugi raz pewnie będzie bardziej na spokojnie.

A i zwierzątka były. 2 razy widziałem jaszczurkę (żółto-czarna, coś jarzę, że to pod ochroną).

No i podczas wycieczki okazało się, że w tych górkach są na zimę trasy pod biegówki wytyczone. Trza bedzie kiedy spróbować. Z buta było fajnie i ciekawie, na dechach będzie pewnie jeszcze ciekawiej.

Co do zmian temperatury w pionie, to pierwszy raz miałem kiedyś na koloniach, już nie pamiętam gdzie, wywieźli nas kolejką na jakąś większą górkę. Gubałówkę czy inne coś. Na dole był upał, słońce świeciło. Na górze też słońce świeciło, ale nie wiedzieć czemu było zimno jak cholera. Tak właśnie wygląda zmiana temperatury z wysokością, wynikająca z termodynamiki atmosfery. Jest artykuł, ale po angielsku (pewnie jest gdzieś po polsku - gradient sucho/wilgotno-adiabatyczny). http://en.wikipedia.org/wiki/Lapse_rate . Trochę może dużo skomplikowanych i być może niezrozumiałych wykresów i wzorów... no ale zapodaję kontrolnie, bo właśnie w górach najłatwiej to zaliczyć doświadczalnie - chyba że ktoś z was ma samolot z otwartą kabiną ;-) czy inny helikopter albo jakoś tak lata sobie bez ogrzewania i hermetyzacji (może nawet luzem w ramach HALO/HAHO czy co tam jeszcze).

Co jeszcze? Cośtam jeszcze było, ale życia nie mam, żeby pisać. To jeszcze raz, do następnego.

Na koniec niezbyt sympatycznie zastrzegam sobie prawo własności do niniejszego tekstu. Tj. jeśli kiedyś coś się tu rozleci, chciałbym mieć możliwość zabrania tego tekstu. Koniec. Blablabla. Lepiej późno niż wcale zrozumieć jedno z miłych znaczeń słowa "rajd".

0
Average: 5 (2 votes)

Powered by Drupal - Design by artinet