Postparaogórkowy snapshot: Upał i Morse

Upał uczy. Wyraźnie nakazuje robić to, o czym mówi książka. Każe minimalizować ruchy.

W efekcie ostatnio nie przeładowywałem (PCP) (EDIT: ooops - PCA oczywiście) z tak ułańską fantazją jak za zwyczaj. Robiłem to bardzo minimalnie.

Nie napinałem się, bo to powoduje wydzielanie się ciepła. Dobry argument by się nie napinać. Skoro inne argumenty zawiodły...

Nie myślałem za dużo, bo wtedy też z człowieka zaczyna kapać.

Nawet starałem się nie podnosić łokcia z biodra, mimo że nie pasuje to trochę do strzelania z takiego karabinu i i tak łokieć po przeładowaniu trzeba dołożyć na nowo.

Konieczność podciągania luźno spadających gaci (po zdjęciu pacha, żeby było bardziej sportowo, bez niedozwolonych usztywnień) utrwaliła zrozumienie, jak ważną rolę pełni pas (pas w sensie krawieckim - część składowa spodni).

Efekt zaskoczył mnie (choć oczywiście dwie muchy-albinosy obok grupy radośnie usiadły).

Inna sprawa, że nie było to rano (byłem odpowiednio równomiernie minimalnie zmęczony).

A teraz prawie bez związku z innej beczki.

Temat o CB zapłodnił mię tak głęboce i skutecznie, że postanowiłem pooglądać sobie ten świat radyjowców bezryjowców.

Ludzie mówią, że zabawa w HAM nie ma sensu - bo to już nie te czasy: internet, komórki, jednokomórkowce i inne wynalazki na kanale 19. Na prawdziwie radyjowe pasma to trza mieć strasznie wielką antenę żeby cokolwiek skutecznie słyszeć, itd.

He. A co mi tam. Postanowiłem sprawdzić czy jako urodzony przymuł zdołam zakuć Morse'a mając ponad 3 krzyżyki na karku.

Na początek na stronie PZK znalazłem książkę za friko - ABC krótkofalowca. Takie tam, całkiem fajne (komunistyczne rzecz jasna, a tak naprawdę to przestańcie pieprzyć bo komunistyczne to nie jest - Bob przecież kocha swoją ojczyznę tak samo). Wręcz kusiło mnie, żeby napisać, że w jednym z rozdziałów można podstawić "wiatrówkowicz" zamiast krótkofalowiec i wyjdzie równie zajebista odezwa.

Tak. Wracając do tematu. Z książki dowiedzieć się raczyłem, że jest coś takiego jak metoda Kocha, a alfabet wcale nie musi być ustawiony alfabetycznie. Dowiedziałem się też, że są kursy na płytach.

He. To może by sprawdzić gdzie, bo przecież w momencie pisania były to płyty gramofonowe - a teraz to CD, DVD i inne internety we wsi mamy.

No więc resztę załatwił google. W necie leżą materialy i najwyraźniej są ludzie, którzy dzielą się nimi za darmo.

Pytacie po cholerę o tym piszę. Ano dlatego że to blog, a zabawa jest przednia. Zabawa psychologiczna - bo na razie na radyju jeszcze nie siedzę (antena...).

Nauka Morse'a ze słuchu (na razie zakuwam tylko pod nasłuch, zresztą to chyba naturalna kolejność) to prosta rzecz. Tak prosta jak picie piwa, jeżdżenie na działkę czy do lasu albo strzelanie z wiatrówki.

Zysk z tej zabawy, oprócz rekreacji, jest dla mnie jeden. Zajęcie jest na tyle proste, że łatwo w jego trakcie daje się obserwować i doskonalić mechanizmy psychologiczne używane w procesie nauki. Tak mi przynajmniej - misiowi o małym rozumku - to się jawi.

No więc uczy się człowiek po 2 po 4 literki... A potem sprawdza czy zapamiętał. O, niespodzianka, wykryto nieużywany, zbyt wolny obszar w mózgu... Trzeba utworzyć nowe połączenia. Ale - w przeciwieństwie do szkoły - nie ma ciśnienia. Nikt nie ocenia. Zero chorobliwego parcia na efekt zewnętrzny, mierzalny zewnętrznie. Jest sam proces. Prosty i można się na nim skoncentrować, szybko wykrywając u siebie braki podstawowych umiejętności psychologicznych potrzebnych do szybkiej, ciągłej, sprawnej nauki.

No więc... Nieciągłość koncentracji. Lekcja krótka (używam materiałów firmowanych przez Łukasz Komsta), ale przyłapuję się na tym. Zbyt wolne myślenie... mówią, że to trzeba robić nie myśląc, ale... przecież sam proces nauki polega na tym, żeby te odruchy zakodować na podprogowym... a do tego myślenie jest potrzebne... dokładnie to samo przerabiałem ucząc się pisania bezwzrokowego - różnica polega na tym, że w bezwzrokowym trzeba sterować rękami a tu trzeba raczej szybko odbierać sygnały nadchodzące do uszu (i nie można zrobić backspace by poprawić - strumień danych płynie nieubłagalnie). BTW tak się rodzą trolle, które szybciej walą w klawiaturę niż myślą (i wytykanie im tego jest raczej komplementem ;-) ).

Po co to wszystko? No cóż. Teraz o tym piszę (ekshibicjonizm, ekstrowertyzm), ale normalnie te wszystkie procesy dzieją się bez udziału osób w mojej głowie. Więc może nie widać.

Zaraz... Nie widać? Przecież strzelacie - nie? No. Tam też potrzebny jest spokój i koncentracja. I odcięcie się (może nie całkowite, wypada przynajmniej zostawić handler zdarzenia "wstrzymać ogień"). Oraz robienie tylko tego, co jest potrzebne do oddania celnego strzału. Widać już?

Poza tym tak jak napisałem - tutaj jest prosto. Jest tylko jedna prosta czynność i jeśli ktoś pasjonuje się przelutowywaniem kabelków we własnej głowie (nie mylić z onanistycznym uwielbieniem samego siebie), to można zaobserwować, gdzie czego brakuje. Nie ma bowiem złożoności sytuacji - sytuacji, z jakimi ma się do czynienia na co dzień w realnym życiu.

Potem nabyte umiejętności można próbować przenieść w inne obszary życia - tam gdzie widać, że używa się dokładnie tych samych mechanizmów psychologicznych. Taki był zresztą u mnie sens zajęcia się strzelectwem - mimo, że naturalnych uzdolnień do tej zabawy nie mam.

Zabawa z nauką Morse-a ma jako eksperyment psychologiczny jeszcze tę zaletę, że w kontrolowany sposób (wręcz matematycznie ściśle określony) wzrasta złożoność całej zabawy.

Na początku można się w lekcji spodziewać tylko 2-3 literek. Potem już 5. Potem 7. I tak dalej. Rozumiecie. Jakby wam to powiedzieć... Jeśli spodziewacie się dostać w mordę tylko z 3 stron, to sprawa jest prosta. Jeśli jednak ktoś w danej chwili (w tempie 40 czy 80 walnięć w mordę na minutę) może wam przyłożyć z jednej z 26 stron - to wymaga to już dużo większej gotowości i szybkości reakcji. Wyższa szkoła jazdy i więcej treningu. Żarty żartami, ale to ćwiczy szybkość myślenia - w tym konkretnym zastosowaniu. Kiedy trzeba będzie się nauczyć równie szybko myśleć w innym temacie - zarys procesu (i towarzyszące mu odczucia hamujące proces) będą znane - przez co będzie łatwiej i mniej boleśnie.

W szkole jest dokładnie tak samo. Ilość materiału rośnie i jeśli chcemy się czegoś naprawdę nauczyć (a nie tylko 3Z) to z każdym dniem trzeba sprawnie obracać coraz większą ilością owegoż materiału w swojej głowie. Tylko że różnorodność samego materiału, zjawiska towarzyszące (w tym niepożądane) tudzież niedojrzałość nie pozwalają na przyjrzenie się samemu procesowi nauki w taki klarowny sposób jak podczas zabawy z Morse-m. (Skąd pomysł przyglądania się procesowi nauki? A to rzecz osobista - po prostu tego właśnie procesu za bardzo nie umiem i to blokuje cały mój rozwój.)

No dobra. Powiedziałem co chciałem i spadam, bo pora równie pomału i w odosobnieniu ruszyć tyłek a jako się rzekło zacząć używać tego czego się człowiek nauczył do robienia rzeczy bardziej skomplikowanych. W tym takich, z których mam nadzieję będą pieniądze i mniej widocznych pierdorobów w moim otoczeniu. A jak nie to przynajmniej satysfakcja.

Gdzieś tam w przerwie (jak to mówią ludzie w terenie "zero parcia na wynik") się dorobi najprostszy klucz sztorcowy i generatorek do niego coby też rączkę poćwiczyć. BTW PRL był cool bo były fajne książki i było się skąd różnych rzeczy nauczyć. Teraz jest internet, ale to trochę nie to (wszędobylska komercjalizacja i inne takie...).

73, miś Edek o małym rozumku. Tymczasem, idę sobie strzelić kwaszonego ogóreczka (bez ognistej).

EDIT (2010-07-29): Eeee... opis pierwszych zabaw z telegrafią podany powyżej jest delikatnie mówiąc głupi. Bowiem prościej się tego uczy używając stosownego programu komputerowego... o czym podjarany napisać zapomniałem.
BTW ciekawa króciutka stronka: http://www.cw.dxing.pl .

0
Average: 4.3 (4 votes)

Powered by Drupal - Design by artinet