Trzeci Puchar Wielkopolski Poznań 2010' przez pryzmat nanotechnologii tudzież cyborga okiem

Tym razem zespół Airguns Ferajną zwany postanowił sprawdzić co robią Efciarze i Hafciarze.

Długo kombinowaliśmy jak tego niepostrzeżenie dokonać. W końcu nawiązaliśmy współpracę z kilkoma przodującymi instytucjami technologicznymi i wywiadowczymi na świecie. Z pomocą owych instytucji udało nam się pozyskać i adoptować do naszych potrzeb dwie rzeczy.

Pierwsza to nano super procesor wielordzeniowy z dużą ilością pamięci, odpowiednim oprogramowaniem i zestawem podłączonych radiowo nanoczujników integrujących się z układem nerwowym i narządami człowieka.

Druga to cyborg udający efciarza.

Podnieceni otwierającymi się możliwościami, oba wynalazki bez cergieli i testów postanowiliśmy wysłać na zawody przy pierwszej okazji. Akurat nadarzył się Trzeci Puchar Wielkopolski w Poznaniu Anno Domini 2010.

Korzystając z dostępnych w internecie list startowych, nieco przed zawodami upatrzyliśmy sobie strzelca hafte. Przyczailiśmy się na strzelnicy i sobie znanym sposobem wprowadziliśmy mu niepostrzeżenie do krwioobiegu nasze nanotechnologiczne wynalazki. Początkowo trochę nim rzucało i przestał trafiać w spinner - aż zaczęliśmy trząść tyłki że się wycofa z zawodów. Ale rzygnął raz w trawę i mu przeszło. Od tej pory był nasz - w ramach testów oglądaliśmy jak chodzi do pracy, robi zakupy, sprząta mieszkanie, zabawia się to z żoną to z dziećmi.

Dalej, niejako dwutorowo, dzięki znajomościom w różnych instytucjach, załatwiliśmy tożsamość i papiery na cyborga (żeby wszystko było z pozoru lege artis) i prawie w ostatniej chwili wpisaliśmy drania na listę startową. Kiedy dostarczony z Klevek koleją żelazną cyborg z jednym z nas na dworcu w Koluszkach robił zdjęcia do kwitów, drugi zakładał mu konto w banku, trzeci wpisywał go na listę, a czwarty załatwiał prawo jazdy i samochód. Na wszelki, potencjalnie mortalny wypadek, wysłaliśmy piątego żeby ubezpieczył skubańca. Wiadomo, takie coś jak mu się zwarcie zrobi, może wszystkich w pień wyciąć. Albo choćby ziarko piasku dostanie się w tryby, lufa pójdzie nie w tę stronę i gotowe.

Dzięki staraniom Kazia, nawet znaleźliśmy sponsora, który kupił cyborgowi Sztejera razem z odpowiedniej klasy celownikiem i kołem. Przystrzelał i wyskalował nam to wszystko za darmo, dorzucił butlę, walizkę i tak dalej. Dzięki wynikowi tych chytrych posunięć Kazia nie musieliśmy ryzykować porysowania oksydy na naszych własnych sprzętach. Wiadomo – cyborg to jednak kanciasty cyborg i może zepsuć naszą ulubioną zabawkę. A z drugiej strony aż cyborg, bo przy odbieraniu sprzętu zdążył się zaprzyjaźnić ze sponsorem i wyłudzić gratis kilka puszek Exacta. Aż zaczęliśmy się zastanawiać, czy przypadkiem w ramach wrogiej propagandy ktoś nam cichcem do systemu cyborga nie wprowadził kodów emulujących pedała. Bo podczas nawiązywania kontaktu cyborg sponsorowi trochę świństw naopowiadał.

W końcu nadszedł dzień próby. Hafciarz z nanowyposażeniem w obiegu jakoś umówił się z kumplami z klubu i dojechał sam bez naszej pomocy. Niestety nie wiemy którędy, bo moduł GPS się akurat odłączył. Wiemy tylko z transferu offline, że w samochodzie mimo wczesnej pory było bardzo wesoło i hafciarzowi stawał ze dwa razy jak przysypiał marząc o swojej pozostawionej w domu żonie.

Z kolei efciarza przywieźliśmy furgonetką 2 dni wcześniej, bo oprogramowanie sterujące prowadzeniem samochodu nie było do końca dopracowane. Powoziliśmy go trasą dojazdu żeby zapamiętał i rano przed zawodami podstawiliśmy go wraz z samochodem osobowym 3 przecznice od Chemicznej, licząc na to, że sam już ten kawałek dojedzie bez przygód. W końcu rano w niedzielę ruch jest niewielki.

Oba obiekty szczęśliwie dotarły do celu, no i zaczęło się.

Hafciarz, z racji że człowiek, radził sobie. Cyborg efciarz natomiast grzał się ostro, bo musiał szybko uczyć sieć neuronową. Po prostu nasi programiści pewnych zachowań i sytuacji nie przewidzieli. A zresztą i tak było gorąco i wilgotno. Jak to w lesie po deszczu dzień wcześniej.

Gdy cyborg poszedł na zero, okazało się, że nie bardzo jest gdzie się położyć. Stał biedak a to dreptał w kółko, kombinując co by tu zrobić. Na szczęście ludzie byli cywilizowani, uprzejmi, dobrze wyszkoleni a wychowani i miejsca po pewnym czasie się zwalniały. Gdy w mózgu cyborga zapaliła się wreszcie zielona lampka, zapytał grzecznie czy wolne po czym wcisnął się między uczestników by sprawdzić karabin na tarczkach. Gdy już skończył, wstał tak jak wszyscy, zwinął rozładowanego sprzęta do walizki i poszedł spowrotem na biuro zawodów. Czas mu się dłużył, więc w ramach maskowania nawet zamknął się na pięć minut w toj-toju i udawał że sra. W rzeczywistości jeszcze raz wykonywał power-on self test. Zaryzykowaliśmy ten manewr, mimo że groziło to całkowita blokadą toj-toja i dekonspiracją. W razie czego cyborg miał siedzieć cicho a nasz człowiek miał podjechać i zamienić toj-toja na inny.

W końcu pi razy drzwi o czasie (jak to zwykle na wszystkich zawodach terenowych) odbyła się odprawa. Cyborg słuchał jednym uchem sprawdzając zgodność z tym co mu żeśmy zaprogramowali z przepisów PFTA i tak dalej. Łypał przy tym dookoła autonomicznie swoim bionicznym okiem na robiących zdjęcia. Pod koniec odprawy zamarkował w pamięci sędziów w odblaskowych kamizelkach, doczekał aż go wyczytają, zmapował wygląd i dane kolegów z grupy, po czym jak wszyscy polazł na tor.

Hafciarz robił z grubsza rzecz biorąc to samo, tylko że bawił się przy tym swoim karabinkiem (oczywiście trzymając go lufą w dół). Sprawdzał cośtam raz jeszcze. Wiadomo, człowiek.

No i co. Jeszcze chwila stania, aż odgwiżdżą otwarcie ognia. Świsnęli przewidziany regulaminem sygnał i oba wynalazki zaczęły strzelać.

Efciarzowi celowo zaprogramowaliśmy pewną losowość, żeby nasz cyborg przypadkiem nie znalazł się na podium. Wtedy bowiem ludzie mogli by mu się bliżej przyjrzeć – i rozumiecie co mogło by się stać.

Hafciarz z kolei był poza naszą kontrolą – mogliśmy tylko biernie patrzeć co czuje i co robi.

Oba obiekty szły – jak zwykle – w sympatycznych zespołach. Gadali między stanowiskami o wszystkim i o niczym. Jak to na zawodach terenowych. Poznaje się nowych ludzi (w tym przypadku być może również cyborgów). W ciągu tych kilku godzin ogląda ich klimaty na podstawie przypadkowych rozmów... po prostu fajnie jest i powietrze inne.

Było gorąco. Hafciarz pocił się, a efciarskiemu cyborgowi w pewnym momencie skończyła się woda do symulowania potu. Na szczęście organizator zapewnił co nieco do picia. Cyborg miał trochę źle zaprogramowany algorytm i ku osłupieniu swojej grupy wlał w siebie 3 butelki jedna za drugą. Na szczęście moduły lingwistyczny i logiczny w porę zapodały gęste tłumaczenie i parę kitów przeplecionych z siarczystymi dowcipami – co dało w efekcie wysoki wskaźnik sprzedaży dobrej jakości ściemy.

Tymczasem nasze czujniki krążące w hafciarzu dostarczały nam bardzo cennych informacji organoleptycznych o życiu strzelca terenowego podczas zawodów letnią porą. Było gorąco i wilgotno. Jednak nasz hafciarz olewał to i rozkoszował się leśnymi zapachami unoszącymi się w powietrzu. Rozumieliśmy go siedząc na konsoli. W końcu nie na co dzień coś takiego się ma. Nasz hafciarz raz to wkładał przed strzelaniem hamerykańską bluzę to ją zdejmował po strzale. Niczym Kłapołuchy co pęknięty balonik wkładał do pustego słoika po tym jak oba te przedmioty dostał na urodziny od Kubusia i Prosiaczka. Zabawiał się tak, okazjonalnie zerkając na stanowiska na skarpie rzecznej i na rzekę poniżej. Niczym Slajdolot chłonął piękno krajobrazu, mieszając to z wdychaniem dobrej koleżeńskiej atmosfery tudzież kombinowaniem jakby tu coś jednak ugrać.

W pewnym momencie zaczęło kropić. Kilka większych kropel. Przelotny pedalski deszczyk. Po krótkim mędzeniu na temat pogody i jej związków z organizatorem zawodów, prawie wszyscy strzelcy terenowi (z wyjątkiem Sztejerowców, co pod kran sprzęt kładą) zaczęli się martwić o oksydę i wodę w systemie. My wszyscy w centrum sterowania również zamarliśmy, ale z zupełnie innego powodu. Nagle zrozumieliśmy, że możliwy jest scenariusz jak z robotem Mark-13 z cyberpunkowego filmu “Hardware” i nikt z nas wcześniej o tym nie pomyślał. Na szczęście deszcz rozszedł się po kościach i nasze wynalazki (w szczególności cyborg) sprawnie a spokojnie działały dalej.

Gwizdki od czasu do czasu gwizdały na poczet awarii. Wiadomo. Latem figurki zawsze się psują jak telewizory – od żucia gumy i picia piwa. Czasem jakiś zapalony strzelec odstrzeli sznurek. Cyborg miał źle ustawione kryteria czasowe rozróżniania sygnałów dźwiękowych i chwilami nie mógł się doliczyć ile gwizdnięć było. Na szczęście to były tylko te dalsze świśnięcia, więc zagrożenia nie było. Tory były oddalone. A i tak wszyscy na gwizdek rozładowywali w ziemię i czekali na otwarcie ognia. Pełna kultura i zrozumienie, że jeśli jest się facetem, to dziurę w dupie wypada mieć tylko jedną.

Podczas gdy hafciarzowi zaczynało się już wdawać zmęczenie (a to źle ściągnął, a to się źle złożył, a to fałda baletnicy przeszkadzała), efciarz nadal radośnie szedł do przodu – oczywiście losowo wprowadzając błędy, tak jak go zaprogramowaliśmy. Chwilami nawet zaczynał się wymykać spod kontroli i myśleć o wpakowaniu się na pudło. Skąd mu to przyszło do jego elektronowego mózgu? Nikt z nas nie wiedział a programiści zaczynali się drapać już nie tylko po głowie. Na szczęście drogą radiową przez link satelitarny skorygowano odpowiednie współczynniki i nasz robocik się uspokoił. Obniżyły sie napięcia na serwach a ciśnienie oleju w układzie hydraulicznym wyraźnie spadło, przedkładając się na spadek parcia na wynik.

Hafciarz tymczasem gryzł się z myślami o tym, że celował to za nisko to za wysoko. A cyborg efciarz tylko szedł do przodu, dzielnie mierząc odległości, biorąc poprawki i wsłuchując się w ledwie wyczuwalny szum cichobieżnych wentylatorów wewnątrz.

Ale też nie było tak słodko. Podczas gdy hafciarz wypchany nanotechnologią bawił się beztrosko strzelając kolejne cele jak dziecko, cyborg efciarz dostawał świra na widok figurek dinozaura stojących za cele FT lub obok celi FT. W głowę nam bez przerwy skubany zachodził co do cholery w 2010 roku robią dinozaury na Ziemi. Niepotrzebnie nam popapraniec zużywał paliwo wnikając w ten temat. Aż w pewnym momencie bez resetu, ryzykując zwiechę, musieliśmy mu z bazy danych usunąć część rekordów obejmujących wiedzę historyczną.

Cyborg szczęśliwie w końcu złapał stabilność, gdy tymczasem wszyscy pomału zaczęli docierać do finału. Ostatnie stanowisko i zleźli wreszcie z toru. Brudni a uśmodrani (fajnie!), spoceni, zmęczeni. Zadowoleni i niezadowoleni. Zależnie kto co wykręcił i czego oczekiwał. I zlegli około biura zawodów czekając na żer.

Nasze wynalazki podeszły pod biuro gdy kuchnia już działała. Pobrali talon na balon z biura i stanęli w kolejce. Hafciarz zamawiał i jadł po trochu. Cyborga efciarza z kolei rozbolała głowa – gdzie on tyle tej biomasy zmieści. Programiści zaczęli się zastanawiać, który to i po co ten ból głowy zaprogramował.

Nic to. Hafciarz jadł z zapałem a Efciarz tymczasem kombinował jak tu “wylać” większość za kołnierz. Bo karkóweczka, kiełbaska, grochówa, kawka i herbatka - wszystko ekstra, tylko dżuli termicznych za dużo mają, co w przypadku zjedzenia grozi przegrzaniem układów. Grzał się więc nasz cyborg jedząc powoli. W końcu zhandlował komuś talony na kawę i herbatę. Programiści w tym momencie znowu osłupczo zbaranieli, bo żaden z nich nie przypominał sobie, żeby kodował takie zachowania.

Jak już nasze obiekty się najadły to poszły oglądać dogrywkę, jako sędziowie zarządzili. Hafciarz kibicował, podniecając się jak człowiek. Efciarz tymczasem zagadywał kogoś stojącego obok na temat jaki to tor był fajny (bo rzeczywiście na monitorach widzieliśmy, że był fajny). Rozpraszał w ten sposób energię pozyskaną z karkówki, kiełbasy i grochówki. Musiał przy tym niestety powtórzyć numer z wodą, bo znowu mu się skończyła w obiegu.

Ludzie tymczasem bawili się dalej. Z satelity widzieliśmy (dobra była pogoda), że niektórzy zostali około biura i rozmawiali o różnych rzeczach. To siedzieli to leżeli, nieprzejmując się nielicznym robactwem. Jak to na imprezie terenowej.

W końcu było rozdanie nagród i ogłoszenie wyników. Ubaw po pachy, trochę szkła, trochę metalu i fajnie jest. Malkontenci z górnej półki przy wtórze malkontentów z półki niżej jak zwykle coś marudzili, że gdzie oni to niby postawią.

I tak oto zespół Airgunsa po raz pierwszy w historii zapoznał się zdalnie i bardzo szczegółowo a na poziomie osobistym z przebiegiem imprezy efte-hafte pod auspicjami PFTA.

Na koniec nasz cyborg efciarz realizował jeszcze zadanie poszukiwania na terenie zawodów darmowych piwa i wódki, a to celem uzupełnienia paliwa w ogniwach paliwowych. Ale - rzecz dziwna - niczego przed osiemnastą nie znalazł. Dziwne. Programiści znowu patrzyli po sobie - "tego nie przewidzieliśmy!". Przełączyli więc dziada na zasilanie rezerwowe i skierowali najkrótszą drogą do samochodu.

I to by było na tyle, gdyby nie dalsze perypetie. Zawody się skończyły i przyszło wracać. Wszyscy się zapakowali i pomału odjechali. A nam niestety zdarzyły się dwa nieszczęścia (nielicząc tych wynikających dalej).

W przypadku hafciarza zaszedł nieprawdopodobny przypadek. To tak jakby przez 10 lat nikt nie wygrał w międzynarodowego totka a wam nagle trafiła się ta kumulacja w spadku po wpisaniu paru cyferek w kupon od niechcenia. Oto wszystkie krążące w obiegu hafciarza czujniki (wraz z procesorem i resztą wprowadzonego wyposażenia) znalazły się nagle w okolicach okrężnicy. I wszystkie wydostały się tamtędy z krwiobiegu, po czym... hafciarz naglony potrzebą zostawił cały nasz drogocenny sprzęt (wraz z zarejestrowanymi danymi) najprawdopodobniej gdzieś w kiblu na jakiejś stacji benzynowej. Najgorsze, że nie wiemy gdzie i na której – moduł GPS znowu się nam odłączył. Poszukiwania trwają – straciliśmy wszystkie zarejestrowane obrazy z imprezy (stąd nie ma tu żadnych zdjęć), wyuzdane sny erotyczne i tym podobne atrakcje. Niestety nasi technicy byli również zbyt podnieceni śledzeniem akcji na monitorach i zapomnieli załączyć backupową rejestrację transmisji.

Z kolei cyborg jak wychodził z zawodów na rezerwie najkrótszą drogą, nieszczęśliwie potknął się, przewrócił, walnął łbem w korzeń i od tej pory straciliśmy z nim kontakt. Ekipa czekająca na wszelki wypadek za rogiem, mimo szybkiej reakcji, nie znalazła obiektu na ostatniej zarejestrowanej pozycji. A obserwacje satelitarne zawiodły (akurat się na chwilę zachmurzyło). Tropienie po śladach też nic nie dało. Poszukiwania trwają. Brak śladów cyborga i ślady trampek każą nam uwzględniać hipotezę, że ktoś po prostu po chamsku zdążył zwinąć naszego cyborga. To było niedaleko drogi, więc może złomiarze co siatkę, barierki i tablice kradną.

W każdym razie jeśli ktoś z was trafi na cyborga ze Sztejerem w ręku, szwędającego się po Poznaniu lub okolicach, prosimy o niezwłoczne powiadomienie redakcji. Prosimy uważać, obiekt może być groźny dla otoczenia. W każdym razie zaprogramowaliśmy go tak, że nie dyskutuje za długo i nie wiemy na ile zdążył się zmodyfikować po ostatnim zarejestrowanym przez nas zaliczeniu gleby. Złomiarzy ostrzegamy: cyborg ma wbudowane układy samozniszczenia i rozbiórka na pewno źle się skończy!

---

A teraz na poważnie. Bo powyższa historyjka jest oczywiście zmyślona.

Trochę ten tekst nie pasuje do charakteru opisywanej imprezy. Każdy z was kto trochę strzela, wie doskonale, że w strzelectwie liczy się nie tyle oszołomstwo i jajcarstwo ile koncentracja, skupienie, wyłączenie, powaga, wyciszenie i cała reszta umiejętności - w tym wiedza techniczna.

Oprócz pozytywnych aspektów wplecionych w historyjkę zapodaną powyżej, była to impreza skupiająca zrównoważonych ludzi chcących sprawdzić swoje umiejętności (tak dla siebie samego), pokonkurować (nieoficjalnie także grupowo), zaliczyć kolejny ciekawy tor, pogadać z innymi o sprzęcie, zmianach. Dla ludzi chcących zacząć po raz pierwszy i tak dalej.

Z widoku sądząc przyjechali ludzie pojawiający się na tych imprezach od lat i tworzący ich klimat. Było fajnie, ciepło, wręcz rodzinnie. I spokojnie. Kulturalnie. Bez chamstwa i wulgarności. I wedle rozkładu jazdy.

Było trochę ludzi wesołych, trochę poważnych, trochę surowych - ale bez przesady. Widać było wartości i szacunek. Każdy w pewnych granicach mógł znaleźć coś dla siebie.

Pod względem bezpieczeństwa też było bardzo sensownie. Było sporo sędziów (pięciu?), uczestnicy byli proszeni o nie wchodzenie na tor (sprawy załatwiali sędziowie).

Z technicznych aspektów nie podobał mi się brak wody, ale było to podyktowane brakiem mediów na terenie i skoro mam takie wymagania to następnym razem po prostu wezmę sobie kanister do bagażnika (jak TIRowcy i emeryci).

Cóż jeszcze. Pogoda dopisała, trochę pokropiło, ale nie była to tragedia. Było praktycznie bezwietrznie, dużo killzon 4cm (więc początkujący mogli łatwo wgryźć się w temat bez nadmiernej samokrytyki), celów 40 czyli lajt - jak zgaduję głównie podyktowany aspektami organizacyjnymi (jesteśmy tylko ludźmi, każdy poza strzelectwem ma inne sprawy). Były urozmaicenia typu gałęzie, nierówny teren do pozycji stojącej, figurki za przeszkodą, w tym ciekawie, bo za delikatnym wybrzuszeniem terenu wymuszającym wyższą pozycję lub przekombinowanego leżaka.

No i tyle. Po prostu fajnie jest pojeździć po różnych imprezach - od zlotu przez lajtowego matcha tarczowego i benchrest po strzelectwo terenowe. Fajnie jest raz na jakiś czas wpaść tam i sam. I fajnie jest strzelać te dyscypliny rekreacyjnie poza zawodami.

Bo suma sumarum umiejętności są te same, zmniejsza się monotonia treningu a od pewnego poziomu operowanie różnym sprzętem w różnych warunkach zdecydowanie pomaga w zrozumieniu jak to działa i czym to się je. Zresztą tekstowe snapshoty około tego tematu leciały jakiś czas temu przez forum "Tarczownicy". Piszę to nie tyle jako osoba umiejąca strzelać ile jako ktoś kto zostawił najniższą półkę jakiś czas temu za sobą. Bo na najniższej półce to niestety trzeba uprawiać filozofię typu "mam jeden karabin i jest dobry", "strzelam na jedną odległość" i "ruskij czieławiek zniesie wszystko" - od sypiącej się i rzucającej sprężyny po rozpadający się co jakiś czas nieostrzący celownik.

Powodzenia (życzy laik).

0
Average: 5 (3 votes)

Powered by Drupal - Design by artinet