Fotografia w służbie budżetu

Wraca nieustająco pomysł, by rozwiązać problem fotoradarów. Jaki problem może być z fotoradarami? Taki, że nie zapewniają należnych wpływów do budżetu. Stąd najnowsza odsłona starych pomysłów, by odebrać ostatecznie strażom miejskim/gminnym prawo do korzystania z fotoradaru, na rzecz Policji. ITD przejmuje już w tym roku pilnowanie czerwonego światła, co dotychczas było w domenie straży. Do 350 fotoradarów dołączą kolejne, pomiary odcinkowe i fotoradary ujawniające tylko (!) fakt przejazdu na czerwonym świetle. I najważniejsze, czyli karanie ma nastąpić w trybie administracyjnym.

O ile nikt nie będzie płakał po odebraniu straży fotoradarowo-biznesowej ich zabawek, o tyle całość tych planowanych zmian jest żenująca. Skoro bowiem Policja otrzyma z powrotem fotoradary przenośne (a co ze słynnymi samochodami-pułapkami ITD?), to dlaczego nie całość? W końcu to właśnie Policja ma najlepsze możliwości i podstawy prawne do działań w tym zakresie. Nie, to byłoby za proste. ITD miała być sposobem na złupienie kierowców, gdyż policja nie wykazywała stosownego zaangażowania. Czyli nie łupiła jak leci, tylko używała fotoradarów tam, gdzie faktycznie były potrzebne, w celu zwiększenia bezpieczeństwa. Miliony poszły na nowe etaty, fotoradary, nawet na drukarnię – wszystko do ITD. Ostatnią rzeczą, którą zrobi jakikolwiek rząd, to przyzna się, że pomysł był kiepski. Inwestycje idą dalej. Pomiary odcinkowe, nowe fotoradary, a także łapanie kierowców przejeżdżających na czerwonym świetle.

To ostatnie staje się nowym polem do popisu, w którym ITD wyraźnie wchodzi w dotychczasowe podwórko straży miejskich/gminnych. 500 kolizji rocznie i 20 zabitych to efekt nieprzestrzegania czerwonego światła. Szał, prawda? Jak porównać do całości wypadków, to niezłe środki pójdą na zwalczanie pomijalnego problemu. Nikomu nie wpadnie do głowy, by za te pieniądze zamontować liczniki, które będą pokazywały ile jeszcze sekund będzie się paliło dane światło. Takie wynalazki wyjątkowo można spotkać w Polsce. Muszę przyznać, że skuteczniej uspokajają kierowców, jak fotoradary i kamery.

Zmiana kar z trybu wykroczeń na tryb administracyjny to od dawna forsowany pomysł ITD. „Krokodylki” są przyzwyczajone do takiego trybu, znacząco ułatwiłby im ściąganie pieniędzy. Płaciłbym właściciel pojazdu i kij z tym, kto prowadził. Punkty karne i inne bzdury są nieważne, ważne, żeby kasa płynęła. Tryb wykroczeń wymaga udowodnienie winy sprawcy, a to już kłopot (jakoś nie był to problem dla Policji) – czas, zaangażowanie ludzi i sprzętu, a w praktyce promile zrobionych zdjęć przynosiły jakąś wpłatę. Gdzie więc te miliony, planowane podczas rewolucji fotoradarowej? W kieszeniach obywateli.

Jak tylko rozpoczęto polowanie z nagonką na kierowców, śmiałem się, że nikt tak nie nauczy obywateli prawa, jak własny rząd. I śmiesznie będzie, jak obywatele staną na wysokości zadania. I proszę bardzo, choć mówi się, że Polacy są głupi, to jednak błyskawicznie nauczyli się, jak unikać mandatów z fotokasowników. Stanowczo nie docenia się wpływu niekompetencji i pazerności rządu na edukację obywateli.

Tryb administracyjny oznacza dość ciekawy skutek uboczny. Otóż nie tylko nie będzie miało znaczenia, kto popełnił wykroczenie, a więc znikną punkty karne za fotoradary. Najważniejsze, że nie da się dłużej udawać, że cała ta akcja fotoradarowa ma coś wspólnego z bezpieczeństwem na drogach. Czy ktoś jeszcze pamięta ministra Nowaka gardłującego o konieczności wojny z piratami drogowymi? Nie? Szkoda. Bo warto. Warto teraz popatrzeć, do czego ta wojna była potrzebna. Polecam to szczególnie tym, co równie gardłują, jak to na drogach jest Dziki Zachód a piraci drogowi szaleją na skalę spotykaną tylko w Burkina Faso. Co się zgadza o tyle, że nawet Uganda nas wyprzedza w jakości dróg.

Chyba nikt już nie ma już złudzeń. A jeśli ma, to gratuluję ślepoty. Samorządy otrzymały fotoradary, by móc reperować swoje budżety – nikt tego specjalnie nie ukrywał, gdy nowelizowano ustawy. Przekazanie fotoradarów do ITD odbyło się w medialnej kampanii walki z piratami drogowymi. Teraz już nawet się nie ukrywa, że nie chodzi o bezpieczeństwo: chodzi o kasę. Tak oto nikogo już nie interesuje wyeliminowanie piratów drogowych, nikogo nie interesuje bezpieczeństwo. Ma być podatek od prędkości czy czerwonego światła. Taka nowoczesnego rabusia drogowego. Cóż, rabuś teraz jest jednak państwowy. Kiedyś, mając siłę i broń, można było takiego bandziora pognać i uratować się od „daniny”. A co pozostaje dzisiaj, gdy za bandytą stoi państwowy aparat przymusu?

Drodzy moi, ależ to banalnie proste! Wystarczy jeździć przepisowo. Naprawdę przepisowo. Może nie na 100%, ale przecież te kilkanaście kilometrów szybciej nikogo nie zbawi. Polecam eksperyment, który zrobiłem. Tą samą trasę pokonałem jak szalony. Dojechałem w 3h 30 min. Niebezpieczne. Jadąc nieprzepisowo, dojeżdżałem w 3h 45 min. Jadąc przepisowo... 4h. Piętnaście (!) minut dłużej, a nie interesowały mnie fotoradary, suszarki, nieoznakowane. Większy wpływ na czas jazdy miało to, czy zamiast jeden raz wyskoczyłem w krzaczki dwa razy. Oczywiście, jadąc dobrymi (czytaj: dwujezdniowymi) drogami tej różnicy już nie ma, ale kto jeździ tylko takimi drogami? Poza tym na krótkiej trasie (np. Warszawa-Łódź) różnica była pomijalna, czy jechałem 140 km/h, czy 180 km/h. I tak więcej traciłem na zjeździe z autostrady lub wlekąc się przez miasto. Polecam więc każdemu, by sprawdzić. Na własnym przykładzie. I nie zapomnijcie policzyć spalania.

A jak już to zrobicie, to pomyślcie... Z każdym litrem paliwa ¾ jego ceny zasila budżet. Każdy mandat też. Ile mniej zarobi ta pazerna banda nierobów? Tak, to są te pieniądze, które zostaną Tobie w kieszeni. Wydasz je jak Ty będziesz chciał. Warto, nie?

Miłosław Majstruk

0
Average: 5 (1 vote)

Powered by Drupal - Design by artinet